top of page

/ SPOŁECZEŃSTWO emigracja / muzyka

 maj 2023 / 5 (9)

Moja emigracja
nie była zarobkowa;
na Islandii
poznałam Magdę,
swoją obecną żonę

Kaśka Paluch-Łukasiak: Na Islandii spodobała mi się harmonia pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym, to, że pracuje się po to, żeby żyć. Urzekło mnie to nie tylko w Islandczykach, ale również poznanych tu Polakach.

Kaska-Paluch-Lukasiak_edited.jpg

Kaśka Paluch-Łukasiak pochodzi

z Zakopanego, ale od pięciu lat mieszka

w Islandii. Pracuje jako nauczycielka klasy multimediów w szkole podstawowej Vikurskóli oraz w centrum kreatywnym

i informatycznym SFS Mixtúra w Reykjaviku.

Jej projekt Noise From Iceland powstał

w 2020 roku jako pierwsza w historii mapa dźwiękowa Islandii. Początkowo miał być próbą znalezienia odpowiedzi na pytanie "Jak brzmi Islandia?", ale rozwinął się w coś znacznie większego. 

JAREK SZUBRYCHT 

Jarek Szubrycht: Kiedy i dlaczego wyjechałaś z Polski?

Kaśka Paluch-Łukasiak: Z biletem w jedną stronę wyjechałam w kwietniu 2017 roku. Dlaczego? Poznałam na Islandii Magdę, swoją obecną żonę.

- Mógłbym teraz powiedzieć, że równie dobrze Magda mogłaby za tobą wrócić do Polski, ale każdy wie, dlaczego tam może być wam lepiej.

- Dla pary jednopłciowej w Polsce nie ma przyszłości i to był główny powód. Moja emigracja nie była zarobkowa, nie opuszczałam Polski dlatego, że nie miałam żadnych zawodowych perspektyw. Chciałam w końcu zacząć normalnie żyć i zmęczyło mnie czekanie na to w Polsce.

- Normalnie, czyli jak?

- Na początek: wziąć ślub i zamieszkać wśród ludzi, którzy traktują nas jak równych sobie, w społeczeństwie respektującym prawa człowieka. Straciłam nadzieję, że w Polsce się to wydarzy. Byłam już po trzydziestce i uznałam, że nie chcę dłużej odkładać życia na później. Magda podjęła tę decyzję wcześniej, ja do niej dołączyłam.

- Nie rozważałyście rozpoczęcia wspólnego życia w innym miejscu?

- Po raz pierwszy przyleciałam tu pół roku wcześniej i bardzo dobrze się poczułam. Jak wylądowałam w Keflaviku, miałam wrażenie, jakbym wróciła do domu. To było bardzo dziwne. Prawie cały tydzień spędziłam na rozmowach i ujęło mnie choćby to, że rozmowa

z nowo poznanymi ludźmi nie zaczyna się od pytania "gdzie pracujesz?", że o statusie społecznym nie decyduje rola, którą odgrywasz. Spodobała mi się harmonia pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym, to, że pracuje się po to, żeby żyć. Urzekło mnie to nie tylko

w Islandczykach, ale - co ciekawe - również w Polakach poznanych na Islandii.

- Skąd wzięłaś się na Islandii? To nie była po prostu wycieczka wykupiona w biurze podróży.

- Marta Niebieszczańska, która prowadzi Iceland News Polska, największy portal dla tutejszej Polonii, zorganizowała warsztaty dziennikarskie. Byłam jedną z osób, która te warsztaty prowadziła. Przyleciałam, żeby mówić o pisaniu. Przez całe swoje życie byłam zafascynowana Islandią, więc kiedy otrzymałam zaproszenie, mój strach przed podróżowaniem zszedł na dalszy plan.

- Przeprowadzając się do Reykjaviku, wiedziałaś, co chcesz robić? Zgaduję, że dla muzykologów oraz dziennikarzy muzycznych,

w dodatku bez znajomości lokalnego języka, zbyt dużo pracy tam nie ma.

- Byłam tak zmęczona życiem w Polsce, w tym pracą w branży muzycznej i medialnej, że naprawdę było mi wszystko jedno, co będę tutaj robić. Byleby się przenieść i być z Magdą. To ona znalazła ofertę pracy dla przewodnika w tunelu lawowym. "Lubisz chodzić po górach, więc może to?" - zaproponowała.

Uświadomiłam sobie, że nie muszę do śmierci pisać o muzyce, że mogę się zająć czymś innym, pobyć bliżej natury. Tydzień wcześniej kończyłam w Polsce swoje ostatnie recenzje dla Onetu, a teraz stałam w ciemnej jaskini przed ścianą

z zastygniętej lawy i myślałam: "Wow, to jest teraz twoje życie! Co tu się wydarzyło?". Zostałam tam na cztery lata. Dopiero COVID zakończył moją pracę przewodniczki.

- Tu mamy kolejny nieoczekiwany zwrot akcji, bo ścieżki między wulkanicznymi skałami doprowadziły cię znowu do muzyki. Pomysł podsunęła ci kobieta, którą oprowadzałaś, prawda?

- W Islandii bardzo często słyszy się powiedzenie "þetta reddast", czyli "Wszystko się jakoś ułoży". Im mniej naciskasz na zmiany, tym lepiej, bo wyspa nad tym pracuje. Rzeczy tu się po prostu układają. Na Islandii po raz pierwszy od wielu lat zaczęłam słuchać muzyki dla przyjemności, bez poczucia, że muszę coś o tym napisać, wiedzieć, szukać czegoś nowego. Na końcu każdej wycieczki wyłączaliśmy wszystkie światła, by w kompletnej ciemności i ciszy słuchać z turystami kropli wody spadających w jaskini. W ten sposób zaczęłam słuchać Islandii, od wewnątrz.

Na jednej z wycieczek dostałam pod opiekę niewidomą kobietę. Chodziło tylko

o to, by mogła wesprzeć dłoń na moim ramieniu, żeby ominąć ewentualne przeszkody. Spędziłyśmy razem dużo czasu, z jego upływem się ośmieliłam

i zapytałam: "Po co człowiek, który nie widzi, przyjeżdża na Islandię?". Odpowiedziała, że w Islandii jest dużo więcej niż tylko ładne widoki, że są zapachy, faktury i dźwięki.

Wtedy zaczęłam zastanawiać się, jak brzmią te wszystkie miejsca, które doskonale znamy z widzenia. Postanowiłam jeździć po wyspie i zamiast zdjęć zbierać dźwięki. Myślałam, że to może być ciekawy dodatek do książki pod roboczym tytułem "Jak brzmi Islandia?", którą sobie wymyśliłam.

 

- Czy wzrok oszukuje uszy? Osłuchując swoje nagrania, bywałaś zaskoczona, bo inaczej zapamiętałaś jakieś miejsce, odbierając je wszystkimi zmysłami?

- Zdarzyło mi się to nawet w trakcie nagrywania. Moim marzeniem było nagranie wnętrza lodowca, co okazało się bardzo skomplikowane. Trzeba umieć poruszać się po lodowcu, nie mówiąc już o schodzeniu do szczelin. Ja się na tym nie znam, więc potrzebowałam przewodniczki - na szczęście moja przyjaciółka Agata Jabłońska się tym zajmuje. Chodziłyśmy więc w trójkę - bo Magda zawsze towarzyszy mi z aparatem - po lodowcu, dzień był piękny. W końcu znalazłyśmy szczelinę, koleżanka założyła stanowisko do asekuracji i zaczęłam schodzić z rekorderem w głąb.

      Kiedy już założyłam słuchawki, pierwszą myślą było: "Dlaczego słyszę wokół tyle wody?".

 

Zupełnie wypadło mi z głowy, że lodowiec to po prostu bardzo dużo zamrożonej wody. Nie wiem, czego się spodziewałam. Smoczych ryków? Drugim zaskoczeniem było odkrycie, że każdy wodospad brzmi inaczej.

- Inaczej są nastrojone?

- Tak, są różnie nastrojone. Może to zależeć od ilości wody, ale też od ukształtowania terenu. Ten słynny Gullfoss, który jest przebojem każdej wycieczki po Islandii, ma kilka pięter. Wygląda trochę tak, jakby woda lała się po schodach. Jego dźwięk jest bardzo głęboki, dudniący. Z kolei wodospad Skógafoss, pod którym w „Grze o tron" Jon Snow całował się z Daenerys, brzmi trochę jak prysznic, ma znacznie więcej wysokich częstotliwości.

- Wspominałaś o lodowcu, ale widziałem też wasze zdjęcia z nagrań czynnego wulkanu. Czy to na pewno był dobry pomysł?

- Nagrywanie dźwięków na Islandii rzeczywiście jest sportem ekstremalnym. Nie trzeba nawet iść na wulkan. Nagrywam wiele sztormów, bo pięknie brzmią, ale to zajęcie trudne pod względem technicznym i niebezpieczne. Kiedy jest sztorm, jest ślisko, mokro

i może jeszcze pada śnieg, to lepiej zostać w domu i oglądać Netflixa. Albo słuchać sztormu przez okno, bez proszenia się o kłopoty.

Lodowiec też był wyzwaniem. Choć dużą część życia spędziłam, chodząc po górach, byłam pewna siebie i przekonana o swoich umiejętnościach, schodząc w szczelinę, trzęsłam się ze strachu.

- Wulkanu się nie bałaś?

- W przeciwieństwie do wszystkich innych miejsc na świecie, gdzie ludzie unikają miejsc erupcji wulkanów, w Islandii tworzą się korki w kierunku krateru. Wszyscy chcą to zobaczyć, choć z oczywistych względów zbliżanie się do wulkanu jest niebezpieczne.

W przypadku tego, który nagrywałam, chodziło i o gaz, i o to, że była to erupcja szczelinowa, więc nowe szczeliny otwierały się

w losowych miejscach.

      Potrzebowałam ponad 20 wejść, żeby nagrać te dźwięki, ale już za pierwszym razem uświadomiłam          sobie, że jesteśmy tak nieprzyzwyczajeni do tego widoku, że traktujemy go trochę jak obraz                          z telewizora.

 

Przez chwilę byliśmy tak blisko, że pomyślałam, że zaraz ta chlupiąca lawa spadnie mi na buty. Ratownicy z islandzkiego TOPR-u zwrócili nam uwagę, więc uświadomiłam sobie, że to było strasznie głupie.

- Jak blisko wulkanu trzeba być, żeby na nagraniu dobrze zabrzmiał? Musi ci się zacząć kopcić ten włochaty kot na mikrofonie?

- Żeby dobrze nagrać wulkan - a przede wszystkim lawę, na której mi najbardziej zależało - rzeczywiście trzeba być blisko. Dlatego potrzebowałam tak wielu wyjść, żeby trafić na moment, kiedy nie ma helikopterów, dronów i tłumu głośnych gapiów.

Byłam tak blisko, że nawet w masce i goglach nie byłam

w stanie wytrzymać tam dłużej niż 10 sekund, więc zostawiłam mikrofon i rekorder, a sama uciekłam. Miałam tylko nadzieję, że sprzęt przetrwa. Udało się. Napisałam później do producenta, że choć pewnie tego nie przewidział, jego sprzęt sprawdza się nawet w bliskim kontakcie z lawą.

- Z tych wszystkich nagrań terenowych stworzyłaś dźwiękową mapę Islandii. To projekt muzyczny czy raczej geograficzny?

- Wspomniałam już o pomyśle na książkę "Jak brzmi Islandia?". Chciałam o tym porozmawiać z muzykami, ale też z innymi przedstawicielami kultury, na przykład pisarzami, mając na myśli przede wszystkim muzykę. Oni zwykle opowiadali mi o dźwiękach natury. Twierdzili, że właśnie w nich znajdują źródło inspiracji.

Nie skończyłam książki. Zaczęłam od mapy i kiedy zamieściłam ją w internecie, okazało się, że taka forma się ludziom podoba. Projekt zaczął się rozwijać w zupełnie inną stronę, dla mnie niespodziewaną.

- Nikt przed tobą nie nagrał Islandii równie skrupulatnie?

- Jest tu kilku artystów zajmujących się nagraniami terenowymi znacznie dłużej niż ja. Björk przecież nagrywa dźwięki Islandii, które potem wykorzystuje w swoich utworach. Na tak konsekwentne nagrywanie konkretnych miejsc i stworzenie dźwiękowej mapy wyspy nikt wcześniej jednak nie wpadł. Islandczycy docenili moją pracę. Starsi mówili, że dzięki mnie przypomnieli sobie, jak ich kraj brzmiał przed turystycznym boomem.

- Nie tylko Islandczycy to docenili. Zarejestrowane przez ciebie dźwięki na Biennale Sztuki w Wenecji prezentował Ryuichi Sakamoto. Jak do tego doszło?

- Dobre pytanie. Zbierając dokumentację do tej książki, która nigdy nie powstała, rozmawiałam między innymi z Andrim Snær Magnasonem, islandzkim pisarzem dość popularnym w Polsce. Sakamoto jest jego przyjacielem. Potrzebował do swojej instalacji na Biennale nagrań z różnych części świata i zapytał Andriego, czy mógłby to zrobić, na co Magnason odpowiedział, że zna kogoś, kto zrobiłby to lepiej.

Dostałam zamówienie na trzy konkretne miejsca - Laugavegur, czyli reykjavikowskie Krupówki, port i jezioro Tjörnin. Deadline był oczywiście na wczoraj. To był listopad, padał deszcz, wiał wiatr, a ja byłam chora, ale stwierdziłam, że nie ma takiej opcji, żebym nie zrobiła nagrań dla Ryuichiego Sakamoto. Po sześciu godzinach spędzonych w deszczu z zapaleniem gardła byłam prawie nieżywa, ale dźwięki do niego poszły. Wykorzystał je w kompozycji "Playback", która stanowiła część instalacji stworzonej przez niego z kolektywem Dumb Type, pokazywanej w Wenecji oraz w Haus der Kunst w Monachium.

- Pretekstem do naszej rozmowy jest "Ey", twoja druga płyta wydana pod szyldem Noise From Iceland. Wykorzystujesz na niej zebrane przez siebie dźwięki wyspy Heimaey, swojego czasu zniszczonej przez wulkan.

- Heimaey to jedyna ucywilizowana, zamieszkana przez ludzi wyspa z archipelagu Vestmannaeyjar, w całości stworzonego przez podwodne erupcje wulkanów. Vestmannaeyjar to również nazwa głównego miasteczka na Heimaey, które jest bardziej nowoczesne niż Reykjavik, ale zarazem w pełni odizolowane od już izolowanej od świata Islandii. W latach 70. wybuch wulkanu prawie zniszczył całą wyspę, nie zabijając przy tym ani jednej osoby, bo erupcja została zauważona przez rybaków wracających nad ranem do portu. Wszystkich ewakuowano, a kiedy wulkan przycichł, mieszkańcy wrócili.

Stosowano jakąś supernowoczesną amerykańską technologię do schłodzenia lawy, ale zarazem przez jakiś czas wykorzystywano ją do ogrzewania mieszkań. Dla mnie to jazda po bandzie i zarazem coś bardzo islandzkiego. Postanowiłam więc na płycie skupić się na tym jednym, wyjątkowym miejscu. (...)

- Czujesz się tak dobrze na Islandii, bo jest podobna do twojego rodzimego Podhala czy dlatego, że jest zupełnie inna?

- To zależy. Podobieństwo jest choćby takie, że w Islandii z każdego miejsca widać góry. Pogoda też jest podobna, surowa. Śnieg w sierpniu mnie tu nie zaskoczył, bo w Zakopanem też się zdarza. Tylko silne wiatry na Islandii nigdy nie są tak ciepłe jak halny. Ale na Islandii jest mi też dobrze, bo jest pod wieloma względami inna. Pomijając już proludzkie prawa, odpowiada mi nordycka mentalność oraz ich podejście do natury, szacunek do niej. Jeśli porównam Islandię ze współczesną Polską, czuję się trochę, jakbym była na innej planecie.   (wyborcza.pl; skróty redakcji)

C Z Y T A J   T A K Ż E

Maryla 8.jpg

C Z Y T A J   T A K Ż E

DSC_9003.jpg

C Z Y T A J   T A K Ż E

Omar.jpg
na emigracji zostałam

/ SPOŁECZEŃSTWO emigracja / literatura

 maj 2023 / 5 (9)

...na emigracji zostałam w jednych dżinsach
i w jednej parze butów

EWA WANAT

na zdjęciach autorka / prywatna kolekcja

Mieszkam w Berlinie sześć lat. Przez piętnaście lat w Warszawie nie spotkało mnie tyle plag, co tutaj. O mało nie zostałam napadnięta, dużo nie brakowało, a rozjechałaby mnie ciężarówka, gdy jechałam na rowerze. Zalało mi mieszkanie. Na co dzień dobija mnie niemiecka biurokracja, wkurza, że żaden kierowca nie zatrzyma się, żeby przepuścić pieszego, irytuje, że wciąż w wielu miejscach nie można płacić kartą i że w metrze okropnie śmierdzi.

Berlin, grudzień. Za oknem minus osiem. Piszę wtulona w kąt kanapy, przykryta dwoma kocami, z gorącym termoforem. Na stopach wełniane, góralskie skarpety. W mojej kamienicy od czterech dni nie działa ogrzewanie. Nie wiem, jaka jest temperatura w mieszkaniu i wolę nie wiedzieć. Nie mam termometru, więc nie sprawdzam. Oprócz ogrzewania nie ma też ciepłej wody.

Na całe szczęście po przeciwnej stronie ulicy mam klub fitness. Tam się kąpię i co wieczór siedzę w saunie. Nagromadzonego ciepła starcza mi jeszcze na kilka godzin.

Kiedy to naprawią? Nikt nie wie. Piec w piwnicy, który ogrzewa cały nasz dom, ma ponad trzydzieści lat. Poszła jakaś część zamienna. Gdyby to stało się w Polsce, już dawno by pan Marian albo Józef coś wymyślił, sam dorobił tę część na tokarce, albo skonstruował swój patent z gumki recepturki, spinacza i plasteliny. Ale nie w Niemczech. Tu będziemy czekać pewnie kilka tygodni na odpowiednią, markową śrubkę.

A i tak nie ma co narzekać — bomby mi na głowę nie lecą, prąd mam. A przed chwilą pan administrator przyniósł nowiutką farelkę, wszyscy lokatorzy takie dostali.

Mieszkam w Berlinie sześć lat. Przez piętnaście lat w Warszawie nie spotkało mnie tyle plag, co tutaj.

Kiedyś o mało nie zostałam napadnięta przez trzech wyrostków, uratowało mnie dwóch panów nadchodzących z naprzeciwka. Innym razem wpadłam rowerem pod TIR-a z rumuńskimi rejestracjami. Kierowca, nieprzyzwyczajony do ścieżek rowerowych, skręcał

w prawo, podczas gdy ja przejeżdżałam na zielonym świetle. W ostatniej chwili wybiłam się z siodełka i zeskoczyłam, jak mogłam najdalej. Rower został pod wielkim kołem ciężarówki. Był do wyrzucenia. Dla mnie skończyło się to na szczęście tylko zdartymi kolanami i podartymi dżinsami.

W poprzednim mieszkaniu źle zamontowany odpływ pralki spowodował rozległe zalanie i to tak wrednie, że część wody po praniu sączyła się pod podłogę i w ściany. Zauważyłam to dopiero, kiedy na ścianach pojawił się grzyb.

Firma zajmująca się osuszaniem zamontowała dmuchawę, która przez okrągły miesiąc, potwornie hałasując, zionęła gorącym powietrzem. A za oknem lato, ponad trzydziestostopniowe upały.

To tylko te najbardziej spektakularne wypadki. Na co dzień dobija mnie niemiecka biurokracja, wkurza, że żaden kierowca nie zatrzyma się, żeby przepuścić pieszego, irytuje, że wciąż w wielu miejscach nie można płacić kartą i że w metrze okropnie śmierdzi.

Zapytacie pewnie — to dlaczego tam mieszkasz? Przecież możesz wrócić do Warszawy. Jasne, to mogę zawsze. Mieszkam tu, bo kocham to miasto. Jak żadne inne.

Częściowo te niedostatki rekompensuje to, jak często się ludzie do siebie uśmiechają na ulicy. I powietrze, którym się lżej oddycha, nie tylko dosłownie, ale i w przenośni. Ta przenośnia nawet ważniejsza niż niższy poziom smogu od tego w Warszawie czy w Poznaniu.​

Wyjechałam w wieku 54 lat. Kiedy w 2015 roku starłam się o grant na napisanie książki o tym, jak Niemcy z kraju, który zgotował światu okrutną wojnę, stały się jednym z najbardziej otwartych społeczeństw Europy (to był czas tzw. kryzysu uchodźczego, kiedy Niemcy przyjmowały uchodźców z Syrii) jeszcze nie myślałam, że zdecyduję się na zostanie w Berlinie dłużej niż rok.

Jednak na wszelki wypadek sprzedałam samochód, wyrzuciłam mnóstwo rzeczy, część upchnęłam w piwnicy, resztę spakowałam

w dziesięć kartonów. Znalazłam nowopowstałą firmę kurierską, która oferowała promocyjne ceny i wysłałam paczki do Berlina.

Pierwsze spotkanie z miastem to ogłuszający śpiew ptaków o świcie. Berlin wiosną i latem brzmi jak rozśpiewany las. Widać ptaki mają tu dobre warunki do życia. Drugie spotkanie następnego dnia – 1 maja, piknik na Kreuzbergu. Dziki tłum, gryzący dym z grillów,

a na nich wszystko, co da się zwęglić – od żeberek po ser halumi. W nocy spać nie pozwoliły syreny wozów policyjnych, petardy, brzęk szkła. Rano zobaczyłam pobojowisko — powybijane szyby w sklepach i samochodach, powyrywane kawałki krawężników. To efekt tradycyjnych, pierwszomajowych walk anarchistów z policją. Ptaki tamtego ranka milczały.

Po dwóch tygodniach przyszedł z Warszawy jeden karton, po pozostałych dziewięciu ani śladu. Nowa firma kurierska, która oferowała takie atrakcyjne ceny, nie odpowiadała na e-maile, nie odbierała telefonów. A ja zostałam w jednych dżinsach i w jednej parze butów.

Napisałam rozpaczliwy post na fejsbuku z pytaniem: co robić? Zareagowała koleżanka, którą ostatni raz widziałam w Monachium

w 1985 r. Dziś jest szefową dużej, ogólnopolskiej firmy ochroniarskiej. Napisała, że postara się pomóc. I rzeczywiście, sukcesywnie, przez kilka miesięcy, jeden po drugim, docierały zagubione kartony. W dodatku z różnych miast w Polsce. Aż w końcu przyszedł ostatni dziesiąty, z Lublina. Nie wiem, jak ona to zrobiła. Nie zdradziła mi do dziś.

To nie jest moja pierwsza emigracja. Od 1985 do 1990 roku mieszkałam w Monachium. Ale obu tych sytuacji nie da się porównać. Wtedy przyjechałam zza żelaznej kurtyny, a gdy po trzech miesiącach skończyła mi się wiza, zostałam w Niemczech nielegalnie.

Pracowałam na czarno dzięki studenckiej spółdzielni pośrednictwa — na cudzą legitymację.

Sprzątałam biura i mieszkania, stałam przy taśmie produkcyjnej, pracowałam w pralni, a nawet na budowie. Roznosiłam ulotki reklamowe, myłam garnki w knajpach, wyprowadzałam psy na spacer.

Czasem ktoś, domyślając się, że robię to nielegalnie (trudno, żeby studentka monachijskiego uniwersytetu nie znała ani słowa po niemiecku), oszukał mnie i nie zapłacił. A potem różnie się toczyło – szczegółowo opisałam to w książce "Deutsche Nasz. Reportaże Berlińskie". Tutaj w skrócie – nauczyłam się języka, poszłam na studia, zarabiałam jako kelnerka, wyszłam za mąż, rozwiodłam się,

a w 1990 roku wróciłam do Polski.

ewa-wanat 2.webp

Zostałam dziennikarką i z wielkim entuzjazmem, jak większość dziennikarzy

z mojego pokolenia, relacjonowałam transformacyjne zmiany. Miało być już tylko lepiej. Czekała nas świetlana przyszłość – wolny kraj mlekiem i miodem płynący, życzliwy, tolerancyjny, dobry do życia. Długo w to wierzyłam, bo mieliśmy szansę.

Wierzyłam w to jeszcze, kiedy zostałam szefową radia TOK FM w 2003 roku i kiedy rok później na dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie świętowałam nasze wejście do Unii Europejskiej. W 2005 roku, wraz z pierwszą wygraną PiS, mój entuzjazm zmalał. W 2010 rroku, po katastrofie smoleńskiej i rozpętanej potem wojnie polsko-polskiej, w ogóle wyparował.

Zaczęło mi być coraz mniej wygodnie w Polsce. Powietrze coraz cięższe, coraz więcej koni, z którymi się trzeba kopać. A życie tylko jedno i coraz krótsze.​

W 2015 roku mój ówczesny partner rzucił – wyjedźmy z Polski. Zasiana myśl powoli sobie kiełkowała. Pomyślałam, że jestem na tyle usatysfakcjonowana tym, co do tej pory udało mi się w moim zawodzie zrobić, że już niczego ani sobie, ani nikomu nie muszę udowadniać. Czas na coś całkiem innego.

Miałam taki niezrealizowany projekt, jeszcze z 2002 r. – chciałam pisać o tym, jak funkcjonuje multikulturowe społeczeństwo w Niemczech. Odświeżyłam go, namówiłam Fundację Teatru Ósmego Dnia do współpracy, złożyliśmy projekt

w Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Udało się. Efektem jest książka "Deutsche Nasz. Reportaże Berlińskie" wydana w 2018 r. Dostałam za nią nagrodę im. Beaty Pawlak.

Zostałam. Jednak to nie jest prosta sprawa, by w wieku 54 lat – po udanej karierze zawodowej, a właściwie wciąż w jej trakcie – zaczynać wszystko od nowa. Zwłaszcza że moim tworzywem jest język. Niemieckim nigdy nie będę tak dobrze władać, żeby móc

w nim pisać.

Pierwsze, z czym sobie musiałam tu poradzić, to moje wybujałe ego. Dawało mi w kość, nie powiem. Długo by opowiadać. W każdym razie trochę to trwało, zanim spuściłam z balona powietrze. O, jak dobrze mi to w końcu zrobiło!​

Berlin to jest najlepsze miejsce na takie spuszczanie. Ostatnim akcentem tego procesu była praca dla telewizji RBB przy nieistniejącym już magazynie "Kowalski i Schmidt". Zostałam reporterką realizującą krótkie filmowe felietony z Polski. Tym samym wróciłam po trzydziestu latach na linię startu, bo reporterką telewizyjną byłam w 1994 i 1995 r. Dziennikarska kariera przebiega najczęściej tak — od reporterki, przez kilka innych funkcji, po biurko redaktorki naczelnej. A ja wylądowałam znowu na początku. Dziś bardzo się z tego cieszę. Łatwo nie było, ale pozwoliło mi to ostatecznie odświeżyć i przewietrzyć sobie głowę. Plus przypomniało, że jednak nie lubię pracować w telewizji.

W międzyczasie Berlin mnie połknął całą, razem z butami. Tu się nie liczy ani wypchany portfel, ani zadarty nos na stanowisku.

W berlińskim różnorodnym tłumie każdy jest u siebie i każdy może być, kim chce. Stolica Niemiec przyciąga artystów, twórców różnej maści, freaków. Z Polski przyjeżdżają informatycy, projektanci, graficy, filmowcy, a nawet poeci.

Poznałam mnóstwo osób LGBT+, które od czasu przejęcia władzy przez PiS uciekły do Berlina, żeby normalnie, godnie żyć. To miasto freelancerów, wśród wszystkich pracujących jest ich tu kilka procent więcej, niż wynosi średnia Niemiec. Żyją z projektów, grantów, zleceń. Tak, jak ja teraz.

To też nic nowego dla mnie, połowę z moich trzydziestu zawodowych lat przepracowałam na umowach o dzieło. W Berlinie jest to łatwiejsze niż w Polsce. Choćby dlatego, że jest dużo samorządowych i krajowych grantów i stypendiów wspierających tzw. branżę kreatywną. Berlin stara się ją przyciągać, bo ona ożywia miasto i wpływa nie tylko na jego specyficzną atmosferę, ale i na gospodarkę. (...)

Kiedy w 2020 roku zaczęła się pandemia, wszyscy freelancerzy wpadli w popłoch – ja też. (...)

I co teraz? Odpowiedź przyszła już po kilku dniach od ogłoszenia lockdownu.

Miasto uruchomiło pomoc finansową dla samozatrudnionych i dla firm. Wypełniłam wniosek

i następnego dnia na konto wpłynęło 5 tys. euro. Wszyscy moi znajomi samozatrudnieni dostali te pieniądze.

Zamortyzowały pierwszy szok i dały poczucie bezpieczeństwa.

Z mojej perspektywy ten pierwszy lockdown był w Berlinie czasem spokoju, wyciszenia, ograniczenia bodźców, gorączki towarzyskich spotkań, wypadów do knajp, przymusu biegania po wystawach i muzeach, bycia w kilku miejscach naraz.

Aż przyszedł gorszy czas – zmiany w życiu, przeprowadzka do kolejnego mieszkania i flauta zawodowa. Cisza, posucha, zero pomysłów. Długo się zastanawiałam, co zrobić, aż w końcu napisałam post na fejsbuku, że szukam zleceń, że jest słabo i że wstydziłam się do tego przyznać. Tych parę miesięcy bez pracy przeżyłam dzięki przyjaciołom. Mówię wam – przyjaźń to najlepsza inwestycja w życiu. (...)

Ale najważniejszy w tym wszystkim jest sam Berlin – zjeździłam go komunikacją miejską, przejechałam na rowerze, przemaszerowałam na piechotę wzdłuż i wszerz, a i tak go nie znam. Nie ma jednego centrum, jest wiele różnych i na różną skalę. Każda dzielnica jest jak osobne miasto.

Kocham włóczyć się bez mapy, odkrywać nowe zakamarki, szperać w dziwnych przedmiotach na pchlich targach. W weekendowe wieczory przyglądać się w metrze ludziom frenetycznie imprezującym od piątku wieczora do poniedziałku rano, jakby jutra miało nie być.

Kolorowy, szalony tłum, wszystkie języki, kolory skóry i stylówki nie do podrobienia. Od połowy kwietnia do września Berlin to miasto pikników — na każdym skwerze, łączce, parku, nad kanałami, stawami, jeziorami, nad Szprewą i Hawelą — obrusy, stoliki, grille, wino

i piwo (można pić alkohol w miejscach publicznych).

W obrębie Berlina jest 50 jezior, trzy rzeki i osiem kanałów – to miasto na wodzie. Mamy tu więcej mostów, niż Wenecja czy Amsterdam. Większość jezior jest czysta i nadająca się do kąpieli. Kiedy jest gorąco, wsiadam pod wieczór na rower i w czterdzieści minut jestem nad wodą. Pływam na golasa, tak lubię najbardziej. Nad każdym z jezior jest albo plaża dla nudystów, albo po prostu każdy robi, jak chce – tekstylnie lub sauté. Golasy opalają się też w miejskich parkach, w większości są łączki, które sobie w tym celu zaanektowali.

To miasto jest w ciągłej przemianie, w ruchu, pulsuje. Jest i brzydkie, i piękne. Ma zachwycające miejsca i swoje ciemne strony. Nie jest bezpieczne, statystyki kryminalne są tu dużo wyższe niż w Warszawie. Jednak czuję się bezpieczna. Czuję, że Berlin nade mną czuwa.

To była dobra decyzja. Nie mówię, że na zawsze. Nic w życiu nie jest na zawsze. Może za kilka lat wrócę do Polski, a może pogna mnie gdzie indziej? W każdym razie ani po pięćdziesiątce, ani po sześćdziesiątce nie jest za późno na zmiany. A po siedemdziesiątce? Nie wiem, sprawdzę za dziesięć lat. (onet.pl)

 

za co kocham Hiszpanię?

/ SPOŁECZEŃSTWO   emigracja

 maj 2023 / 5 (9)

Za co kocham Hiszpanię?

W Hiszpanii jestem zakochana po uszy. I nie, nie piszę tego spoglądając przez różowe okulary na morze i palmy z drinkiem w ręku. Bo ten kraj to dla mnie coś więcej. Dużo więcej. Życie w Hiszpanii nie jest sielanką, ani żadnym rajem. Przynajmniej moje. Mam swoje kryzysy i czarne demony, które mnie prześladują. Ale odnoszę wrażenie, że w Hiszpanii do problemów podchodzi się inaczej. Żyjąc tu doświadczyłam wiele i tego nikt mi nie zabierze. Kiedyś ktoś zapytał mnie, co musiałoby się stać, abym wróciła do Polski. Tak naprawdę nie chciałam się nad tym zastanawiać ani sekundy. Bo całym sercem czuję, że co by się nie działo, ja nie mogłabym już wrócić…

W życiu nie chodzi o to, żeby przeczekać burzę, ale o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu.

Steven D. Wolf

Tego właśnie nauczyła mnie Hiszpania. A może jednak nie mam racji? Może powinnam napisać, że tego nauczyło mnie życie? Ale toczy się ono w Hiszpanii i mimo wszystko myślę, że ma to wielki wpływ na mnie jako człowieka. Ja tu po prostu stałam się szczęśliwsza.

I nie tylko ze względu na klimat, błękitne niebo i ciepłe promienie słońca. Choć nie ukrywam, że oddziałuje to pozytywnie na psychikę, to jednak miłość do tego kraju ma dla mnie o wiele głębsze znaczenie. Przecież w życiu nie chodzi tylko o widok palm na wyciągnięcie ręki. Tutaj, gdzie mieszkam i tak ich nie ma…

Za co więc kocham Hiszpanię?

Po pierwsze, Hiszpania ma coś wyjątkowego, co przyciąga niczym magnes. Zaletą są przede wszystkim ludzie. Ja po prostu kocham Hiszpanów. Za ich mentalność, optymizm, sposób bycia, otwartość, życzliwość, większą tolerancyjność. Kocham ich za uśmiech, którego w Polsce tak bardzo brakuje.

Następna kwestia, za którą kocham Hiszpanię to różnorodność regionów. Jest to kraj niezwykle zróżnicowany. Hiszpania to nie tylko morze i piękne plaże. Znajdziemy tu mnóstwo wspaniałych miejsc, niesamowitych zabytków, wąskich uliczek, w których aż przyjemnie się zgubić i poczuć ten niepowtarzalny klimat i smak chwili.

Szalenie istotny dla mnie jest również język, jakim się otaczam. Nie wyobrażam sobie mieszkać w kraju, gdzie język by mi nie odpowiadał. A język hiszpański jest moim zdaniem najpiękniejszy na świecie. Od początku uczyłam się go z wielką pasją. Jego brzmienie porywa moje serce.

Kolejna sprawa, która bardzo mi się podoba w Hiszpanii to brak tej typowo polskiej zawiści i zazdrości. Życie cudzym życiem, ocenianie, porównywanie się do siebie to nie jest mój świat. W hiszpańskiej rzeczywistości czuję się o wiele bardziej komfortowo. To, o czym mówię nie oznacza, że ludzie w Hiszpanii nie zazdroszczą, ani nie obgadują. Oczywiście, że to robią, ale nie jest to widoczne

w takim stopniu, jak w polskim społeczeństwie. Podejście do wszystkiego jest zupełnie inne, a różnica między naszymi mentalnościami jest ogromna.

Myśląc o Hiszpanii, odczuwam takie przyjemne ciepło na sercu. Kiedy rozmyślamy o naszym bezpiecznym domu tworzy się w nas właśnie takie uczucie. Kocham Hiszpanię do szaleństwa. Za wszystko, co mi dała.

Jestem wdzięczna za każde dobre i te cholernie trudne przeżycia, które towarzyszyły mi podczas życia w tym kraju. Za życiowe, bardzo wartościowe doświadczenia. Za to, że pokazała mi całkiem inną stronę życia. Za to, że mogę przebywać wśród jej pozytywnie nastawionych mieszkańców i uczyć się od nich lepszego podejścia do wielu spraw. Za to, że żyję z daleka od polskiej mentalności, której nigdy nie lubiłam i za to, że mogę na co dzień chłonąć tą hiszpańską. Jest mi ona znacznie bardziej bliska. Za to, że żyjąc tu stałam się trochę innym człowiekiem. Szczerze mówiąc, teraz wolę tę nową, „hiszpańską” wersję mnie.

J. Walska - hiszpanska dusza.pl

Dzień Matki

/ KULTURA   społeczeństwo

  maj 2023 / 5 (9)

roza_krotka.jpg

DZIEŃ MATKI

WSZYSTKIM

MAMOM ṠWIATA

wspaniałości wszelkiej

i radości każdego dnia... 

Kluby dla kobiet powstawały już w XIX wieku w stanie West Virginia. Ich inicjatorką była Ann Reeves Jarvis. Uczono wychowywania dzieci, utrzymania czystości całych rodzin, zastanawiano się nad zmniejszeniem śmiertelności noworodków... 

Podczas wojny secesyjnej kobiety pomagały rannym żołnierzom z obu obozów... Po wojnie organizowały pikniki jednoczące lojalistów unijnych

i konfederackich, promujące pokój i spokój dla wszystkich, również swoich dzieci... 

Domagały się też zrozumienia w ich macierzyństwie, szacunku, partnerstwa... Na kartach historii zapisała się (między innymi) Julia Ward Howe

- zapoczątkowała Mother's Peace Day, które zaczęto organizować lokalnie

w różnych stanach.

Na początku XX wieku do grupy działaczek na rzecz kobiet-Matek dołączyła Ann Jarvis (córka Ann Reeves Jarvis). Również organizowała kluby dla kobiet

o niemal tych samych problemach, również domagała się uszanowania ich ciężkiego wysiłku w wychowaniu dzieci i utrzymaniu domu. Po śmierci swojej Mamy (10 maja 1908 roku) wysłała 500 białych goździków do kościoła w Grafton (West Virginia) na uroczystości pogrzebowe. Podobne obchody miały miejsce w Philadelphii, miejscu zamieszkania Ann. Ten dzień, symbolicznie, uznaje się za pierwszy Dzień Matki w Stanach Zjednoczonych...

Ann nie ustała jednak w swoich działaniach na rzecz wszystkich Matek w kraju, by doczekać się uznania i proklamacji Mother's Day przez prezydenta Woodrow'a Wilson'a (9 maja 1914 roku). Oficjalnie amerykański Dzień Matki celebrowany jest w drugą niedzielę miesiąca maja, a biały, puchaty goździk zastąpiono ulubionymi kwiatami Mam. 

W przedwojennej Polsce Dzień Matki obchodzono również corocznie, jednak

w różnych dniach maja, a organizatorami spotkań, czasem pochodów zajmowały się Koła Polskiego Czerwonego Krzyża (w 1939 roku w maju było ich około 7700). Obecną datę celebrowania matczynego święta ustalono po

II wojnie światowej...

Nie zapomnij o swojej Mamie, jest najwspanialszą kobietą Twojego życia, bez względu na to, na jakim etapie owego życia jesteś... Podaruj Jej uśmiech, łzę czułości, mnóstwo kolorów, pyszności wszelkie, i podziękuj za to, co zrobiła dla Ciebie i jeszcze zrobi nie raz... Jej uśmiech zaświeci jak słońce...

Ann Maria Reeves Jarvis (górne zdjęcie)

i Anna Jarvis / domena publiczna

Anna Jarvis_edited.jpg
bottom of page