top of page
Usta-usta

nauka

USTA-USTA 

JAKOB WETZEL

Opryszczka ma też swoją dobrą stronę. Co prawda bywa mocno denerwująca, ponieważ wywołuje swędzenie, pęcherzyki i ranki pośrodku twarzy. Deprymujące jest też to, że patogen nigdy nie znika całkowicie z organizmu. Ale wirusy opryszczki są też bardzo przydatne – przynajmniej w świecie nauki. Ponieważ ich genom można analizować i śledzić

w czasie, naukowcy mogą ustalić, kiedy i jak się rozprzestrzeniał, tj. kiedy ludzie się zarażali. Dzieje się to często drogą kropelkową, czyli przez usta. Wirusy dostarczają zatem rzadkiego naukowego spojrzenia na historię pocałunków – a tym samym na obszar historii kultury, który w inny sposób jest trudny do uchwycenia.


Naukowcy pod kierunkiem genetyk Meriam Guellil

z uniwersytetu w Tartu i Lucy van Dorp z University College London porównali współczesne i starożytne DNA wirusów opryszczki. W czasopiśmie „Science Advances” donoszą: Chociaż wirusy opryszczki istnieją od milionów lat, szczep wirusa HSV-1, który jest dziś szeroko rozpowszechniony, zadomowił się w Europie dopiero w ciągu ostatnich 5 tys. lat. Imigranci ze stepu eurazjatyckiego, którzy parli na Zachód, zwłaszcza w epoce brązu, mieli w bagażu nowe wirusy opryszczki. I nie tylko je, lecz także sposób na jak najszybsze rozprzestrzenianie się wirusa. Podczas gdy wcześniej wirus opryszczki przenosił się głównie z matki na dziecko, imigranci przywieźli do Europy nowinkę: romantyczny pocałunek.
 

Światowy ewenement

Pocałunek, tak wszechobecny dziś w Europie, jest zatem dobrem importowanym. Niegdyś nie było rzeczą oczywistą, że kochający się ludzie całują się w usta. Zespół naukowców, kierowany przez antropologa Williama R. Jankowiaka

z Uniwersytetu Nevada, w artykule opublikowanym na łamach czasopisma „American Anthropologist” stwierdził, że teza, jakoby całowanie zawsze było powszechne na całym świecie, jest jednym wielkim nieporozumieniem. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że ludzie Zachodu mają tendencję do postrzegania własnej kultury jako normalnej.

Karol Darwin zakładał, że całowanie występuje w 90 procentach kultur na całym świecie.

Jednak naukowcy pod kierunkiem Jankowiaka porównali ze sobą ponad 168 kultur, korzystając z bazy danych oraz ocen etnologów i doszli do wniosku, że tylko w 77 kulturach, czyli nawet nie w połowie uwzględnionych przypadków, ludzie

z miłości całowali się w usta. Im bardziej złożone społeczeństwo, tym częściej ludzie w ten sposób dają sobie buziaki. To zjawisko kulturowe jest najbardziej rozpowszechnione na Bliskim Wschodzie, w Azji i Europie.

Z kolei najrzadziej całują się ludzie w Afryce, Ameryce Środkowej i Południowej.

Na pierwszy rzut oka całowanie wydaje się dobrze zbadane.

W ostatnich latach naukowcy zebrali wiele ekscytujących,

a czasem nieco dziwacznych faktów. Na przykład, że pocałunki zapewniają zdrowie: podczas intensywnego pocałunku wymienia się 80 milionów zarazków, co ćwiczy układ odpornościowy i może nawet złagodzić reakcje alergiczne. W zależności od techniki buziak wprawia w ruch ponad 30 mięśni. Badacze pocałunków nazywani są filematologami, natomiast osoby z patologicznym lękiem przed całowaniem się cierpią na filemafobię. Dwie trzecie osób w trakcie pocałunku instynktownie przechyla głowę

w prawo, pozostali – w lewo. Preferencja rozwija się w łonie matki.

Jednak jak i dlaczego w ogóle doszło do buziaka w usta? Pojawiają się przeróżne wyjaśnienia. Niektóre teorie należą oczywiście do sfery legend. Na przykład grecki pisarz Plutarch twierdził, że Romulus, założyciel miasta, zabronił kobietom picia wina, a mężczyźni mieli sprawdzić w ten sposób – ustami – czy kobiety faktycznie tego przestrzegają. W ten sposób powstała legenda, że obie strony zasmakowały w tym „sprawdzaniu” i całowanie zostało wymyślone

z potrzeby kontroli – czego sam Plutarch w ogóle nie twierdził. Ów Grek natomiast wymienia inną teorię, którą przypisuje filozofowi Arystotelesowi. Według niej po zniszczeniu rodzinnego miasta i ucieczce do Italii, kobiety z Troi uznały, że podróż dobiegła końca i spaliły statki. Aby uspokoić swoich mężów, zapieczętowały ich gniewne usta pocałunkami. Pocałunek byłby więc strategią załagodzenia sytuacji, wymyśloną przez przybyszki ze Wschodu.

Przeżuj i przekaż

Nauka na poważnie zainteresowała się pochodzeniem całowania w XIX wieku. Karol Darwin przypisywał tę praktykę kulturową ludzkiej potrzebie bliskości. W swojej pracy „Wyraz uczuć u człowieka i zwierząt” opublikowanej w 1872 r. uważał pocałunek wprawdzie nie za wrodzony, ale za wyuczony. Ludzie chcieli się dotykać. Tam, gdzie nie całowali się w usta, zastępowali to na przykład wzajemnym głaskaniem się lub pocieraniem nosa o nos.

Według innych badaczy wszystko zaczęło się od jedzenia. Austriacki zoolog i etolog Irenäus Eibl-Eibesfeldt i jego brytyjski kolega Desmond Morris zinterpretowali pocałunek jako relikt karmienia się nawzajem metodą usta-usta. Podobnie jak w przypadku ptaków, rodzice prehistorycznych

i wczesnych ludzi przeżuwaliby jedzenie, a następnie wpychali je do wciąż bezzębnych ust swoich dzieci. Eibl-Eibesfeldt, który zmarł w 2018 roku, udokumentował ten rodzaj karmienia metodą pocałunków w istniejących współcześnie kulturach, takich jak Himba w Angoli i Namibii. W ten sposób jego zdaniem powstawał swoisty rytuał dodawania otuchy

i przywiązania.

Zygmunt Freud argumentował inaczej,

a jednak na swój sposób podobnie. Według twórcy psychoanalizy całowanie przypominało ssanie piersi matki.

W tym sposobie żywienia się we wczesnym dzieciństwie Freud dostrzegał również pierwszą przyjemność seksualną człowieka. Z niej – oprócz pocałunków – rozwinął się również zwyczaj ssania kciuka. Freud nie mógł się domyślić, że za pomocą USG będzie można zaobserwować nienarodzone dzieci ssące kciuki w macicy, nigdy wcześniej nie zobaczywszy piersi.

Inni naukowcy wywodzili pocałunki z zachowania zwierząt. Na przykład niemiecki psychiatra i kryminolog Paul Näcke zauważył na początku XX wieku, że kocur gryzie kotkę podczas aktu seksualnego. Jest zatem oczywiste, że ludzki buziak „być może pierwotnie służył jako środek fiksacji na ciele podczas stosunku”, twierdzi Näcke. Pocałunek został więc wymyślony przez mężczyznę, aby kobieta nie uciekła mu podczas seksu. Na uwagę zasługuje też fakt, że ślina mężczyzn zawiera testosteron, hormon płciowy, który może zwiększać pożądanie u kobiet.

Według ostatniej hipotezy całowanie jest strategią wyboru partnera. Wedle seksuolożki Ingelore Ebberfeld jest to podobne do obwąchiwania się wśród zwierząt. „Całowanie zawsze kojarzy się z wąchaniem. Wąchając i smakując się nawzajem, całujący mogli sprawdzić, czy chemicznie do siebie pasują. Dzięki tej tezie można wyjaśnić nie tylko pocałunki w usta, lecz także poniżej talii” – napisała Ebberfeld w swojej książce „Kiss Me”. Zwierzęta również obwąchują sobie nawzajem genitalia, a wcześni ludzie robili to samo: „Nasi przodkowie zwykli wąchać i lizać pośladki, aby nawiązać kontakt seksualny, ale kiedy ludzie się wyprostowali, ten kontakt został przesunięty z „dołu na górę ”. Pocałunek byłby więc czynnością zastępczą dla obwąchiwania – i konsekwencją wyprostowanej postawy ciała.

luty 2023 / 2 (6)

Dla spokoju, reprodukcji, aby się wzajemnie nakarmić? Dlaczego ludzie zaczęli się całować? Nic w tej historii nie jest oczywiste.

Francesco Havez, 1859.jpg

Fragment obrazu "La Baiser", Francesco Hayez, 1859 / Pinacoteca de Brera, Mediolan (domena publiczna)

_Gustav-Klimt-Pocalunek_edited.jpg

Fragment obrazu "Pocałunek", Gustaw Klimt , 1907-1908 / fot.: domena publiczna

usta-usta 4.jpg

Psyche i Eros,  Fragment fresku z Pompejów / fot.: domena publiczna

Wyjątkową rolę odgrywa tu grupa genów, które są szczególnie ważne dla układu odpornościowego i kształtują naturalny zapach ciała każdego człowieka: tzw. główny układ zgodności tkankowej (MHC). Prowadzonych jest wiele badań dotyczących jego znaczenia dla doboru partnerów.  

Eksperyment szwajcarskiego biologa Clausa Wedekinda stał się sławny w 1995 roku: studentki uniwersytetu w Bernie oceniły zapach T-shirtów, które wcześniej nosili koledzy płci męskiej przez dwie noce. Kobiety w zdecydowanej większości preferowały zapach mężczyzn, których geny wskazywały na inny układ odpornościowy niż ich własny. Naukowcy przypisali to faktowi, że rodzice z różnymi układami odpornościowymi dają swoim dzieciom bardziej zróżnicowany zestaw narzędzi genetycznych do radzenia sobie

z chorobami. Naukowcy z Drezna i Tybingi doszli niedawno do podobnego wniosku: za pomocą kwestionariuszy i analiz DNA ustalili, że osoby, których geny MHC różnią się, częściej zawierają związki partnerskie.

Historia całusów

Ale nawet jeżeli ostatecznie za pocałunkiem stoi analiza biologiczno-chemiczna – pytanie kiedy, gdzie i dlaczego ta kulturowa technika rozwinęła się na tak różne sposoby, jest otwarte. Historycy starożytni nie przykładali do tej kwestii specjalnej wagi.

Zachodni etnolodzy długo wychodzili z założenia, że ludzie

w Chinach i Japonii nie całują się w usta. W Europie pocałunek już dawno stał się powszechny, a nawet wszedł do rytuałów. Wczesny Kościół chrześcijański znał pocałunek pokoju, składany na ustach, jako pozdrowienie. Później całowano usta, policzki, dłonie, stopy, sygnety, a nawet krzyże. Inaczej było na Dalekim Wschodzie: francuski podróżnik do Chin Paul d’Enjoy napisał pod koniec XIX wieku, że miejscowi byli wręcz przerażeni pocałunkami Europejczyków i mówili o kanibalizmie. A jednak dawna literatura

i drzeworyty pokazują, że całowanie było bardzo dobrze znane na Dalekim Wschodzie, ale nie był to gest publiczny. To była praktyka seksualna, więc ludzie Zachodu, tacy jak d’Enjoy, po prostu tego nie widzieli.

Trudno zrekonstruować, kto pierwszy wymyślił pocałunek, czy wynaleziono go każdorazowo w różnych kulturach i jak się rozwijał. Ebberfeld zebrał relikty z przypuszczalnymi motywami całusów

z przeszłości, które przynajmniej rzucają światło dzienne na te kwestie. Przypinka do szaty z Mezopotamii lub Elamu, z trzeciego tysiąclecia p.n.e., przedstawia całującą się parę; pocałunki pojawiają się również w mitach sumeryjskich. Figurka z terakoty ze starożytnego Peru, datowana na okres między 100 p.n.e.

a 600 n.e., najwyraźniej przedstawia pocałunek z języczkiem. Rysunek z prehistorycznego Meksyku przedstawia dwie postacie bogów wymieniające dusze przez pocałunek.

Guellil, van Dorp i ich zespół umieszczają pierwszy dający się wydatować pocałunek

w Azji Południowej, w epoce brązu.

A w Europie? Nie wiadomo, w jaki sposób kochankowie podchodzili do siebie w przeszłości. Najstarsze wizerunki ludzi nie dostarczają na ten temat żadnych informacji: ludzie w Europie Zachodniej zaczęli malować ściany jaskiń skalnych około 40 tys. lat temu

i utrzymywali ten zwyczaj do końca ostatniej epoki lodowcowej blisko 10 tys. lat temu. Zachowane motywy zazwyczaj przedstawiają zwierzęta i ludzi polujących. Natomiast pocałunki prehistoryczne nie zostały odkryte – co nie znaczy, że nie istniały. Być może obrazy służyły innemu celowi, a pocałunki po prostu nie miały tam czego szukać.

Według badań nad opryszczką pocałunek dotarł do Europy dopiero w epoce brązu, kilka tysięcy lat później. Na pewno był tu znany najpóźniej w czasach greckich i rzymskich. Świadczy o tym nie tylko legenda o całujących się przybyszach z Troi. Na greckich wazonach i misach pojawiają się również sceny gorących pocałunków. Rzymianie nie mieli wówczas wprawdzie pojęcia

o wirusach, ale wiedzieli o infekcjach. W pierwszym wieku naszej ery cesarz rzymski Tyberiusz zabronił całowania się podczas oficjalnych okazji. Chciał ograniczyć rozprzestrzenianie się chorób. Nie można już dziś wyjaśnić, czy chodziło o opryszczkę.

Jakob Wetzel / SÜDDEUTSCHE ZEITUNG / FORUM

nauka

luty 2023 / 2 (6)

Humboldt
chromolitografia.jpg

Eduard Hildebrandt, „Alexander von Humboldt w swojej bibliotece”, 1856 / fragment chromolitografii / domena publiczna

Dał nam przykład
Humboldt

Raził się prądem i notował odczucia. Rzeki rozróżniał po ich smaku. Przyrodę badał z pasją, widząc w niej jedną potężną siłę. Wyrodny syn, naukowiec romantyk, któremu sławy zazdrościł Napoleon.

MIROSŁAW WLEKŁY

Różowe flamingi brodzą w płytkiej wodzie, po dnie suną żółte

i niebieskie langusty, na palmach czerwienią się przedziwne kwiaty, a ryby i ptaki mają tyle barw, że przypominają tęczę. Natura bez przerwy pobudza zmysły, bo nawet w nocy deszcz meteorytów zostawia tysiące białych smug na niebie.

W takiej scenerii trudno być stoikiem – 29-letni Alexander Humboldt biega dookoła i nie może nadziwić się kolorom. Nawet jego zwykle opanowany towarzysz Aimé Bonpland obwieszcza, że jeśli te cuda się nie skończą, to oszaleje.

Humboldt jest wreszcie w swoim żywiole. Od dawna marzył o upale i tropikach. Ustępują dolegliwości nerwowe i gorączki, które dręczyły go w Europie. Czuje się tu szczęśliwszy niż kiedykolwiek dotąd. Nawet trzęsienie ziemi nie powstrzymuje go przed obserwacjami. Robi pomiary elektryczności, mierzy siły wstrząsów, zastanawia się, dlaczego przechodzą

z północy na południe.

Humboldt z Bonplandem znajdują tak wiele przyrodniczych okazów, że nie mogą ich donieść do domu. Błyskawicznie zapełniają nimi kufry. Szybko kończą im się ryzy papieru, na których suszą rośliny.

W pełnym dziwów kontynencie Alexander dostrzega sporo analogii do świata, jaki znał wcześniej z Europy. Drzewa przypominają mu włoskie sosny. Oglądane z oddali pole kaktusów wygląda jak trawy na bagnach północnej Europy. Jaskinie takie same jak w niemieckiej Frankonii. A dolina wydaje się kopią angielskiego Derbyshire. Od pierwszych dni w Ameryce Południowej Humboldt ma „wrażenie całości”.

„Wszystko wydawało się w jakiś sposób ze sobą powiązane

– i ta koncepcja miała kształtować jego zapatrywania na naturalny świat przez resztę życia” – pisze Andrea Wulf w wydanej w tym roku w Polsce biografii Humboldta Człowiek, który zrozumiał naturę.

Marzyciel

Na świat przychodzi 14 września 1769 r., miesiąc po Napoleonie Bonaparte, w zamożnej arystokratycznej rodzinie. Ojciec Alexandra jest szambelanem na pruskim dworze, ojcem chrzestnym zostaje przyszły król Fryderyk Wilhelm II.

Alexander ma trudności z nauką, za to interesuje się przyrodą, zbiera muszle i rośliny. Odkąd w ogrodzie botanicznym w Berlinie zobaczył palmy, myśli tylko o tym, by dotknąć ich w naturalnym środowisku. Czyta dzienniki kapitana Jamesa Cooka, marzy o podróżach.

Jego życiem rządzi jednak matka. Posyła 18-letniego syna do Frankfurtu nad Odrą po naukę administracji. Humboldt nie cierpi tych studiów. Podobnie jak kolejnych, ekonomicznych, w Hamburgu. Obserwuje nad Łabą statki, które z Ameryki transportują ryż, tytoń i indygo. Ten widok to jedyne, co trzyma go przy życiu – zwierza się przyjacielowi.

Nieco bardziej podoba mu się kolejna wybrana przez matkę uczelnia: akademia górnicza we Freibergu. W kopalniach pobiera próbki, zdobywa wiedzę o geologii. W wolnych chwilach bada wpływ światła na rośliny, gromadzi tysiące okazów botanicznych.

Przez osiem miesięcy zalicza 3-letni program studiów i jako 22-latek zostaje inspektorem górniczym. Zawodowo podróżuje po Europie: ocenia glebę, szyby i rudę. Po godzinach przeprowadza tysiące eksperymentów: tnie, nakłuwa, dźga i razi prądem żaby, jaszczurki i myszy; skalpelem nacina własne ramiona i tors, traktuje się prądem

i skrupulatnie notuje odczucia; nie zraża go, że wiele ran ulega zakażeniu...

W Jenie, która jest centrum nowej, romantycznej myśli, odwiedza brata Wilhelma. Dzięki niemu spotyka Goethego, Schillera i innych intelektualistów. Starszy od niego o dwie dekady Goethe, który równie mocno jak literaturą fascynuje się powstaniem Ziemi i botaniką, słucha 25-letniego Humboldta i nie może się nadziwić: „W ciągu ośmiu dni czytania książek nie dowie się człowiek tyle, ile on ci daje

w godzinę”. Są sobą zafascynowani. Humboldt uważa, że poznanie pisarza dało mu „nowe organy”.

Jednak Jena to wyjątek. Prusy uwierają Alexandra

i ograniczają. Przekonywać się o tym będzie do końca życia. Opresyjna matka, opresyjne władze, opresyjne idee. Wedle panującego wówczas w Prusach poglądu przyrodę należy korygować, tak by odpowiadała wyznaczonym przez urzędników normom. Dzika puszcza uważana jest za obelgę rzuconą człowiekowi. Kwintesencją tego spojrzenia jest termin Normalbaum. Ukuł go XVIII-wieczny leśnik Johann Gottlieb Beckmann, który uważał, że lasy są niechlujne, ponieważ rosnące w nich drzewa bywają wyższe i niższe, grubsze i chudsze; jedne są zdrowe, a inne gniją, w dodatku nie rosną w równych rzędach i szeregach uporządkowane według gatunków. By ułatwić eksploatację lasów, ten bałagan – twierdził Beckmann – należy uporządkować. Dlatego wymyślił ideę Normalbaum, normalnego drzewa, drzewa idealnego, takiego, które godne jest rosnąć w niemieckim lesie. Te, które nie są „normalne”, należy usunąć.

Poglądy Humboldta to przeciwieństwo doktryny Normalbaum. Jego temperament i osobowość również. Romantyk, pasjonat, zawsze całym sercem oddany przyjaciołom. Niektórzy mówią, że homoseksualista, choć trudno tu o pewność. W każdym razie: ani trochę nie pasuje do „normalnych” Prus. Nie, Humboldt nie jest uszyty według urzędniczej, pruskiej miary. Marzy o tropikach, przygodach

i opuszczeniu Niemiec. Bunt jest już bliski.

Przełomem jest śmierć matki w 1796 r. Żaden z synów nie przyjeżdża na jej pogrzeb, a Alexander już po miesiącu rezygnuje z posady inspektora górniczego. Wreszcie jest wolny! Dzięki odziedziczonej fortunie zaczyna realizować marzenia: w cieplarniach cesarskich ogrodów Wiednia bada tropikalne rośliny, a w Alpach mierzy wysokości szczytów

i testuje przyrządy meteorologiczne. W czasie burz wystaje

w deszczu, by wykryć ładunki elektryczne w atmosferze.

W Paryżu, w sieni kamienicy, w której wynajmuje pokój, spotyka młodego francuskiego naukowca z puszką na okazy botaniczne. To Bonpland, z którym wkrótce zaplanuje wspólną wyprawę. Humboldt ma pod dostatkiem pieniędzy, ale z powodu ciągłych bitew morskich nikt nie chce mu wynająć statku. Szczęście odnajduje w Madrycie: król Hiszpanii Karol IV wystawia mu paszport do kolonii w Ameryce Południowej. Humboldt jako pierwszy cudzoziemiec dostaje zgodę na zupełnie swobodne badanie hiszpańskich terytoriów. W zamian ma przywieźć okazy fauny i flory do królewskich ogrodów.

Wyrusza z La Coruñi w 1799 r. Ma zamiar udowodnić, że „wszystkie siły natury splatają się i reagują na siebie”. Gdy podczas rejsu po raz pierwszy widzi Krzyż Południa, czuje, że jego marzenia wreszcie się spełniają. Kiedy schodzi na wybrzeże dzisiejszej Wenezueli, od razu wyciąga termometr. Wkłada go w piasek – 37,7°C – notuje pierwszy z tysięcy pomiarów.

młody Humboldt.jpg

Fragment portretu Alexandra von Humboldta, 1806. Olej na płótnie, Georg Friedrich Weitsch (1758-1828) / domena publiczna

Ekolog

Przeprowadza eksperymenty z węgorzami elektrycznymi

i przy okazji zostaje poważnie porażony. Omal nie umiera, badając kurarę (jako pierwszy Europejczyk opisuje działanie tej trucizny). Odkrywa orzechy brazylijskie, które potem sprowadzi do Europy. Próbuje wody z różnych rzek (Orinoko ma wyjątkowo odrażający smak, Rio Atabapo jest pyszna).

Z kolei drzew nie da się odróżnić po smaku ich kory, bo każda smakuje tak samo – stwierdza po degustacji.

Sporządza mapę: zupełnie różni się od dotychczas istniejących, tak niedokładnych, jakby „zostały wynalezione

w Madrycie”.

Uważa, że „to, co przemawia do duszy, umyka pomiarom”. Jak twierdzi jego biografka, Humboldt Amerykę Południową opisuje oczami, które dał mu Goethe. Nikt wcześniej nie kreślił obrazu świata w ten sposób. Tylko u Humboldta katarakty Orinoko są „oświetlone promieniami wschodzącego słońca”, rzeka z mgieł jest „zawieszona nad swym łożyskiem”, a księżyc „otaczają barwne kręgi”…

Ma też zmartwienia. Gdy obserwuje rynek niewolników naprzeciw wynajętego domu w Cumanie, staje się abolicjonistą. Gdy przygląda się masowej wycince lasów nad jeziorem Valencia, dociera do niego, że to przyczyna jałowienia gleby i spadku poziomu wody w zbiorniku. Gdy

w dolinie Aragui widzi, jak uprawa zawierającego niebieski barwnik indygowca zabiera miejsce jadalnym roślinom, rozumie, że chęć noszenia przez Europejczyków barwnej odzieży pcha mieszkańców Ameryki Południowej w ubóstwo. Humboldt pierwszy łączy kolonializm z destrukcją środowiska. Walczy z powszechnym przekonaniem, że przybycie kolonistów ma zbawienny wpływ na południowoamerykański klimat, a wycinanie pierwotnego lasu – straszliwego miejsca pełnego próchniejących drzew

i gnijących liści – sprawia, że powietrze tam staje się zdrowsze i łagodniejsze. Na przekór naukowcom tamtej epoki twierdzi, że „człowiek może jedynie działać w zgodzie z naturą i dostosowywać jej siły na swój użytek”.

W dodatku wcale nie uważa tubylców za barbarzyńców. Mówi za to o „barbarzyństwie cywilizowanego człowieka”. Po powrocie do Europy przedstawi niespotykany dotąd obraz ludzi nazywanych przedtem dzikusami. Obali też pogląd, że Ameryka Południowa dopiero co wyłoniła się z oceanu i nie ma żadnej historii. Na dowód opisze starożytne budowle i ślady dawnych społeczeństw.

Po latach, gdy odwiedzi jeszcze Rosję, do zestawu niszczycielskich poczynań ludzkości dorzuci też „wielkie masy pary i gazu” w ośrodkach przemysłowych. Jego tezy są tak kontrowersyjne i wydają się tak nieprawdopodobne, że nawet tłumacz Humboldta w niemieckim wydaniu pozwala sobie umieścić w książce przypis wyjaśniający, że wpływ wylesienia, o którym mówi autor, jest wątpliwy.

Odkrywca

Po pół roku naukowcy przenoszą się na Kubę. Tam Humboldt dowiaduje się, że kapitan Nicolas Baudin płynie dookoła świata i po drodze odwiedzi Amerykę Południową. Nie ma możliwości skontaktowania się z nim, lecz Alexander jest przekonany, że statek zatrzyma się w Limie. Natychmiast rezygnuje z planowanej podróży do Meksyku i decyduje się wyruszyć do Peru. Chce dołączyć do wyprawy. Ma czas. Podczas 9-miesięcznej podróży skrupulatnie bada Andy. Gdy wreszcie dociera do Quito, okazuje się, że Baudin wybrał zupełnie inną trasę.

Humboldt nie traci jednak animuszu. Oznajmia, że zamiast płynąć do Australii, przebada wulkany. W Quito urządza bazę

i przez kolejne pięć miesięcy wspina się na kilkadziesiąt

z nich. Dokonuje pomiarów, staje się najbardziej doświadczonym alpinistą świata. Jego największą obsesją

– jak twierdzi Andrea Wulf – jest Chimborazo (6300 m n.p.m.). Wówczas uważa się, że to najwyższa góra świata. Humboldt

i Bonpland docierają niemal na szczyt, tak wysoko, jak nie wszedł jeszcze żaden człowiek.

„Kiedy Humboldt spoglądał w dół stoków Chimborazo i na pasma górskie w oddali – pisze Wulf – wszystko, co widział

w poprzednich latach, połączyło się w jedną całość. Jego brat Wilhelm od dawna wierzył, że umysł Alexandra stworzony był, żeby »łączyć idee, wykrywać łańcuchy rzeczy«. […] Humboldt był, jak powiedział później jego kolega, pierwszym, który pojął, że wszystko jest powiązane niby »tysięcznymi nićmi«. Ta nowa idea natury miała zmienić sposób rozumienia świata przez ludzi”.

Wspinaczka na Chimborazo potwierdza, że jest tak, jak myślał: w Andach rosły rośliny podobne do alpejskich. Wszystko się ze sobą łączy.

Na potwierdzenie szkicuje Naturgemälde, przekrój szczytu Chimborazo z roślinnością od doliny po strefę śniegu. Potem wyda go w formie ryciny 90 x 60 cm. Pokaże na niej strefy roślinne, na które wpływ mają zmiany temperatury

i wysokości. Szkic wywoła szok w świecie naukowców. Ale już zawsze kształtować będzie rozumienie ekosystemów.

Humboldt_Park_edited.jpg

Humboldt Park, Chicago

Humboldt.jpg

To nie koniec: w peruwiańskiej Cajamarce, na południe od równika, Humboldt odkrywa równik magnetyczny ziemi; na wybrzeżu ustala, co powoduje, że tamtejszy morski ekosystem jest tak bogaty (Prąd Humboldta); ogląda też wybuchający wulkan Cotopaxi.

W lutym 1803 r. podczas rejsu do Acapulco, w wieku 33 lat, po raz ostatni w życiu przekracza równik. Rok spędza w Meksyku. Następnie przez Kubę udaje się do Stanów Zjednoczonych. Spotyka się z prezydentem Thomasem Jeffersonem. Przekazuje mu mapy i informacje o Luizjanie oraz Meksyku, opowiada o świecie i swoich odkryciach. Według prezydenta to najbardziej owocna i ekscytująca wizyta, jaką złożono mu od lat.

Z Ameryk Humboldt wiezie ze sobą dziesiątki notatników, setki szkiców, tysiące obserwacji naukowych, dziesiątki tysięcy okazów roślin. W czasach gdy europejscy naukowcy rozpoznają jedynie 6 tys. gatunków roślin, Humboldt przedstawia im 2 tys. zupełnie nowych. Okazy rozdaje innym naukowcom, bo uważa, że przyszłe odkrycia wymagają współpracy.

Do Paryża – tuż przed 35. urodzinami, po ponad pięciu latach podróży – wraca jako bohater.

Wizjoner

Mieszka w stolicy Francji, bo uważa, że to najbardziej przesiąknięte nauką miejsce na świecie. Podczas wyprawy wydał niemal cały spadek po matce, więc z niechęcią (bo wolałby być niezależny) przyjmuje stałą pensję i tytuł szambelana od pruskiego króla Fryderyka Wilhelma III. Tak się tego wstydzi, że prosi znajomych o dyskrecję.

Jak pisze w książce 200 uczonych w anegdocie prof. Andrzej Kajetan Wróblewski, nie ma na świecie początku XIX w. sławniejszych ludzi niż Napoleon Bonaparte i Alexander Humboldt. Przy czym władca Francji jest jedną z nielicznych osób wrogo nastawionych, być może z zazdrości, do pruskiego naukowca.

„Ach, pan się interesuje botaniką, moja żona też się nią interesuje” – dogryza mu któregoś razu.

Prof. Wróblewski opowiada też inną anegdotę: Humboldt przyjaźni się w Paryżu z francuskim chemikiem i fizykiem Louis Josephem Gay-Lussakiem. Pomaga mu badać stosunki objętościowe połączeń gazu. Potrzebują do tego szklanych kolb o bardzo cienkich ścianach, jakie wyrabiają jedynie niemieckie huty. Aby przewieźć je do Francji, trzeba płacić wysokie cło. Humboldt każe więc zasklepiać naczynia

i nalepiać na nich etykietki z napisem „niemieckie powietrze”. Takiego towaru francuscy celnicy nie mają w swoich wykazach i przepuszczają go bez dodatkowych opłat.

Według prof. Wróblewskiego Humboldt to ostatni naukowiec, który ogarnia całość przyrodoznawstwa. Jest w stanie pisać na każdy temat i tak też robi.

Wydaje książki całymi seriami, różnymi gatunkowo. Książki specjalistyczne, które fachowo opowiadają o faunie, florze czy astronomii. Książki literackie, w których piękny styl łączy z opisami przyrody – wydawcy nie pozwala wprowadzać

w nich poprawek, bo „melodia zdań zostałaby zniszczona”. Książki atrakcyjne graficznie, pełne spektakularnych sztychów, ukazujące szczyty, wulkany, azteckie rękopisy, meksykańskie kalendarze. A dla masowego czytelnika – książki popularnonaukowe, a także opisane wartkim językiem, pełne przygód relacje z podróży przez tropikalne lasy, sawannowe llanos czy gwarne ulice latynoskich miast. Budzą one takie emocje, że zdaniem „Edinburgh Review”: „jest się razem z nim wystawionym na niebezpieczeństwa; dzieli się lęki, sukcesy i rozczarowania”.

Kiedy nie pisze, Humboldt uwielbia opowiadać. Nie wszyscy za tymi opowieściami nadążają, a ktoś zauważa, że jego słowa są głośnym myśleniem. Myśli wielotorowo, zdarza się, że nie nadąża za własnymi myślami, niektóre jego pomysły będą musiały czekać na realizację wiele lat.

Pierwszy z 34 tomów Voyage Aux Regions Equinoxiales Du Nouveau Continent to pierwsza na świecie książka o ekologii. Esej o geografii roślin zawiera Naturgemälde

z wytłumaczeniem zupełnie nowego poglądu na roślinność. Humboldt porównuje w nim drzewa iglaste Kanady do drzew rosnących na dużych wysokościach w Meksyku, dęby i sosny

z Andów do tych z krajów półkuli północnej, a mech z brzegów Rio Magdalena do mchu w Norwegii. Jak nikt dotąd wiąże roślinność, klimat i geografię. Dochodzi do zaskakującego wniosku, że na tej samej szerokości geograficznej wcale nie panują identyczne temperatury, choć wszyscy inni tak uważają. Twierdzi, że na temperaturę wpływ ma też wysokość, kontynent, wiatry i bliskość oceanów. Wymyśla izotermy, linie łączące punkty o tej samej temperaturze. Półtora wieku przed potwierdzeniem teorii przemieszczania się płyt tektonicznych uważa, że Afryka i Ameryka Południowa musiały być kiedyś połączone.

Jak twierdzi jego biografka, daje „zachodniej nauce nowe soczewki do obserwowania świata naturalnego”. Goethe, który oczarowany ryciną Naturgemälde przybija ją na ścianie

i nie może od niej oderwać wzroku, zachwala, że „z pomocą estetycznej bryzy” Humboldt zamienia naukę w „jasny promień”.

Stolica Francji jest tylko trochę cieplejsza niż Prusy. Tęskniąc za tropikami, Humboldt przesiaduje w przegrzanym gabinecie, a jego spoceni goście tylko z grzeczności wytrzymują potworne temperatury.

Przez dekadę zabiega o pozwolenie na wyjazd do Indii, chce zbadać Himalaje, porównać je do Andów. Analogicznej zgody, jaką dostał wcześniej od króla Hiszpanii na eksplorację Ameryki Łacińskiej, potrzebuje teraz od Kompanii Wschodnioindyjskiej. Ale Brytyjczycy zbyt dobrze go znają. Słyszeli jego opinie o okrucieństwie Europejczyków. Byliby naiwni, wpuszczając na swoje terytoria zaciekłego krytyka kolonializmu.

W dodatku Fryderyk Wilhelm III po ponad 20 latach od powrotu Humboldta z wyprawy wzywa go do powrotu do Berlina. Jeden z 250 królewskich szambelanów ma teraz „bawić króla intelektualnie i czytywać mu po obiedzie”. Uziemiony w Berlinie Humboldt przy okazji wygłasza wykłady o świecie. Nie pobiera za nie opłat, więc obok Fryderyka Wilhelma III i członków rodziny królewskiej słuchają też robotnicy, a połowę publiczności stanowią kobiety. W dniach jego wystąpień korkują się ulice. Chętnych jest tak dużo, że wykłady trzeba organizować w sali koncertowej. Niektórzy złośliwie komentują, że sala nie mieści słuchaczy, słuchaczom zaś nie mieści się w głowach wykład. Ktoś inny dodaje, że jedna ze słuchaczek chciała zamówić po wykładzie suknię

z rękawami szerokości dwóch Syriuszy.

Humboldta nie zrażają docinki.

„Najważniejsze, że panie w ogóle przychodzą” – odpowiada.

Nie jest już żwawym młodzieńcem, reumatyzm sparaliżował jego prawe ramię, a włosy posiwiały, gdy na otarcie łez, że nie zobaczy Himalajów, dostaje propozycję od Rosji, by zbadać złoża złota i platyny Uralu. W 1829 r., mając prawie 60 lat, po ćwierć wieku przerwy, wyrusza w kolejną wielką podróż.

Znów myśli o analogiach i wbrew wszystkim twierdzi, że skoro w Brazylii diamenty występują w złożach złota i platyny, można też je znaleźć w Rosji. „Szalony pruski książę” – śmieją się z niego członkowie ekspedycji. Przecież nikt nigdy nie znalazł diamentów poza tropikami.

Kiedy okazuje się, że Humboldt miał rację, posądzają go

o magię.

By spełnić swoje największe marzenie – dokończyć Naturgemälde – wbrew uzgodnieniom z Rosjanami jedzie dalej na wschód, aż do Ałtaju.

Dokonuje obserwacji i pomiarów, a przy tym polega na zmyśle zachwytu. Analizę stawia na równi z emocjami i wrażeniami. Gdy inni poszukują praw uniwersalnych, Humboldt twierdzi, że naturę trzeba badać odczuciami.

Ma wrodzony dar zapamiętywania szczegółów. Przechowuje

w głowie kształt liścia, kolor skały czy temperaturę i po latach porównuje obserwacje w miejscach oddalonych o tysiące kilometrów.

Kiedy staje na granicy stepu i przedgórza Ałtaju, wylicza, że znajduje się 5600 km na wschód od Berlina, dokładnie tyle samo, ile na zachód od stolicy Prus leży Caracas. Wszystko łączy się ze sobą – kiedy dociera do Ałtaju, jest już tego pewien. Natura to jednolita siła, a różne kontynenty mają analogiczne strefy klimatyczne. W drodze powrotnej, wioząc w kufrach okazy roślin, skał i setki pomiarów – znowu nielegalnie – odwiedza jeszcze Morze Kaspijskie.

To ostatnia w życiu wyprawa Humboldta.

Po powrocie z niej z jego inicjatywy kraje świata łączą siły

i zakładają stacje magnetyczne. Dzięki tzw. krucjacie magnetycznej w ciągu 3 lat udaje się przeprowadzić prawie

2 mln pomiarów.

Student

Przez 10 lat pisze swoje najbardziej monumentalne dzieło (wyda je w wieku 75 lat). Kosmos. Rys fizycznego opisu świata ma być podsumowaniem nieba i ziemi, „żyjącej całości” – jak mawia Humboldt. Gdy świat rozmienia naukę na drobne dyscypliny, on zbiera je wszystkie w jednej księdze. Do jej przygotowania werbuje naukowców, filologów, historyków, astronomów, geologów i podróżników, którzy przysyłają mu

z całego świata dane o roślinach. „Miał kosmiczną perspektywę, a oni stanowili narzędzia w wielkim planie”

– twierdzi biografka. Nigdy nie ma dość wiedzy. Nawet

w podeszłym wieku siada między studentami Berliner Universität, uważnie słucha i skrzętnie notuje. Gdy nie pojawia się na uczelni, studenci śmieją się, że „Alexander opuścił dziś wykład, ponieważ ma herbatkę u króla”.

Niemiecki wydawca Kosmosu donosi, że nigdy nie było tylu zamówień na książkę, nawet gdy Goethe publikował Fausta.

Humboldt nie przestaje pracować. Drugi tom dzieła jest podróżą od starożytnych cywilizacji do współczesności. Pisze też następne. Mimo wielu tłumaczeń na inne języki nie ma

z nich zysków, bo nie obowiązuje jeszcze prawo autorskie.

Książkami Humboldta jest oczarowany Puszkin. Zaczytuje się nimi Darwin, który podczas podróży na statku „Beagle” do swojego dziennika przepisuje całe ustępy. Inspirują się nimi Henry David Thoreau, John Muir oraz inni naukowcy

i podróżnicy.

Z książek Humboldta uczy się Simón Bolívar, by poznać kontynent, który chce wyzwolić. Stwierdza, że te książki

– sławiące Amerykę Południową i krytykujące kolonializm oraz niewolnictwo – „wyrwały go z korzeniami”, a Humboldt swoim piórem budzi Amerykę Południową i przyczynia się do jej wyzwolenia. Według biografki nazwisko Humboldta jest tam szerzej znane niż w Europie czy Stanach Zjednoczonych. Andrea Wulf dowodzi też, że nie ma drugiego człowieka, którego nazwisko nosiłoby więcej obiektów, zjawisk, miejsc, gatunków. Wymieńmy tylko niektóre:

– prąd oceaniczny opływający Chile i Peru,

– miasto w Argentynie,

– rzeka w Brazylii,

– gejzer w Ekwadorze,

– zatoka w Kolumbii,

– góry i szczyty w całej Ameryce Łacińskiej,

– Kap Humboldt i Lodowiec Humboldta na Grenlandii,

– pasma górskie w Chinach, Afryce, Nowej Zelandii

i Antarktyce,

– rzeki i wodospady w Tasmanii i Nowej Zelandii,

– ulice i parki w Europie,

– hrabstwa, miasta, góry, zatoki i rzeki w Ameryce Północnej.

Na jego cześć nazwano też południowoamerykańskiego pingwina, 2-metrową kałamarnicę, kalifornijską lilię i prawie 300 innych roślin oraz ponad 100 zwierząt. A także minerały

i obszar na Księżycu zwany Morzem Humboldta.

Jego imię nosiło tak wiele statków, że naukowiec nazywał je swoją „morską potęgą”. Portret badacza trafił na Wielką Wystawę w Londynie i do pałacu króla Syjamu, a w Hongkongu obchodzono jego urodziny. W niemieckojęzycznych szkołach Ameryki Łacińskiej co dwa lata odbywają się sportowe Igrzyska Humboldta.

Niewiele brakowało, a amerykański stan Nevada także nazywałby się Humboldt.

 

Inspirator

Kiedy w lutym 1857 r. służący znajduje go na podłodze po niewielkim udarze, 88-letni naukowiec nie traci czasu i zapisuje objawy (czasowy paraliż, niezmieniony puls). Niespełna miesiąc po oddaniu piątego tomu Kosmosu Humboldt umiera w wieku 89 lat. Na pożegnanie mówi: „Jakże wspaniałe są promienie słoneczne. Jakby wołały Ziemię do Niebios”.

Tego samego dnia, 6 maja 1859 r., nieświadomy śmierci swojego idola Darwin pisze do wydawcy, obiecując, że niedługo prześle pierwsze sześć rozdziałów O pochodzeniu gatunków. Światem wstrząśnie teoria ewolucji. Wszystko przez Humboldta.

„Darwin stał na ramionach Humboldta” – uważa Andrea Wulf.

Nie tylko on. Całe nasze dzisiejsze rozumienie świata pochodzi od niego. Goethe twierdził, że Humboldt jest jak „fontanna o wielu dyszach, z której tryskają nieskończone potoki orzeźwienia, tak że możemy tylko podstawiać pod nie naczynia”.

A prof. Wróblewski przytacza jeszcze jedną anegdotę: Oto ktoś puszcza pogłoskę o zgonie uczonego. Jakiemuś przyrodnikowi marzy się, by dokonać pomiarów jego czaszki.

„Niestety, nie mogę służyć panu moją czaszką – pisze mu

w liście Humboldt – gdyż przez pewien czas będzie mi jeszcze potrzebna. W przyszłości będzie do pańskiej dyspozycji”.

bottom of page